Przyszli po mnie w najmniej spodziewanym momencie. Właśnie gotowałam mleko dla dzieci, bo niebawem miały przyjść na lekcje. Ktoś bez pukania, z impetem otworzył drzwi i wtargnęło dwóch żandarmów. Nie powiedzieli ani jednego słowa, tylko zaczęli wyrzucać wszystko z półek, przeszukiwać szafy. Stałam oniemiała. Mleko przypaliło sie i wykipiało.
Po nieskończenie długim czasie jeden z nich krzyknął:
- Czy znasz Mieczysława Skarżyskiego?!
- Kto kazał mu pomagać?! Mów!!! - krzyczeli.
Nic nie mogłam powiedzieć. Za chwilę jeden z nich otworzył drzwi, a drugi popchnął mnie do wyjścia. Dopiero teraz zauważyłam, że przed wejściowymi drzwiami stała policyjna buda.
Serce podeszło mi do gardła. Widziałam kątem oka, jak przestraszone dzieci kryją się za drzewami Alei Lipowej. Uśmiechnęłam sie do nich i położyłam palec na usta.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziałam głośno, żeby je uspokoić. Widziałam, jak mała Kasia z pierwszej ławki, rozmazuje łzy. - Żebym tylko sie nie rozpłakała - pomyslałam.
W tym czasie jeden z żandarmów popchnął mnie do policyjnej budy.
- To koniec - pomyslałam. - Moje marzenia o nauczaniu skończyły się. Czy żałuję? Nie! Niczego nie żałuję. Polska warta jest tego. Warta jest dużo więcej.Tyle dzieci nauczyłam pisać. Tylu moich uczniów potrafi czytać. Wiedzą, że są Polakami. Boże, tak bym chciała jeszcze uczyć. Do końca moich dni. Tylko tego w życiu pragnę!
Przesłuchanie trwało bez końca. zadawano mi tysiące pytań. Byłam głodna, zmarznięta i bardzo zmęczona. Gdy się skończyło, strażnik zaprowadził mnie do celi i zatrzasnął z hukiem drzwi. Długo stałam ze spuszczoną głową, a kiedy spojrzałam przed siebie, zobaczyłam, że przygląda mi się gromadka wynędzniałych, zalęknionych dzieci. Stałam, nie wierząc w to, co widzę. W końcu jakaś kobieta, leżąca na pryczy, krzyknęła do mnie:
- I czego się gapisz?! Bachorów nie widziałaś?! Tu się rodzą i tkwią w nieskończoność! Wielkie rzeczy! - wzruszyła ramionami.
Dzieci stały przede mną brudne, bezbronne i takie niewinne. Zrobiłam dwa kroki w stronę tej gromadki. Jedna dziewczynka dłubała w nosku. Sięgnęłam do kieszeni po chusteczkę. Było w niej coś jeszcze. Odruchowo wyciągnęłam. Był to obrazek z kaczuszką, narysowany przeze mnie podczas ostatniej lekcji. Rozłożyłam kartkę i pokazałam dzieciom. Stanęły blisko mnie i patrzyły bez słowa.
- Nazywam się Faustyna Morzycka - zaczęrpnęłam powietrza - i jestem tu po to... - chciałam właśnie powiedzieć, że sam los pewnie zesłał mnie do tych nieszczęśników, że nauczę je czytać i pisać, ale zamiast tego, powiedziałam: - W czasach dla mnie najszczęśliwszych, gdy byłam małą dziewczynką, znałam czarodzieja i chociaż nie miał cylindra, ani peleryny, ani nawet różdżki, wiedziałam, że był prawdziwym czarodziejem. Miał dobre serce i szlachetną czystą duszę. Wskazywał mi drogę i otaczał miłością. Długo, bardzo długo go nie widziałam, ale moje serce jest przy nim. Marzył tylko o jednym, żeby nasza kochana Ojczyzna była znowu na mapie i żeby Polacy dumni byli z tego, że są Polakami. Mamy piękny kraj i niezależnie od tego, gdzie jesteśmy dzisiaj, kochajmy go proszę!
Dzieci przytuliły się do mnie, a ja podziękowałam Bogu, że wysłuchał mej prośby. Oto los zesłał mi najważniejsze zadanie do spełnienia.
Faustyna Morzycka zmarła strudzona na wygnaniu 25 maja 1910 roku w Krakowie. Do końca swoich dni uczyła języka polskiego i pisała książki dla dzieci. Ówczesne władze nie zgodziły się, by została pochowana w Nałęczowie. Zaledwie w osiem lat po śmierci Faustyny Morzyckiej Polska odzyskała niedpodległość, dzięki takim ludziom, jak Ona.
Biblioteka Publiczna w Nałęczowie wybrała Faustynę Morzycką na swoją patronkę.