Pani Krysia od razu udała się do dyrektora. Sekretarka nie chciała wprawdzie jej wpuścić, ale pani Krysia była sprytniejsza, udało się nacisnąć ciężką mosiężną klamkę i drzwi się otworzyły. Dyrektor siedział przy biurku. Nawet nie podniósł wzroku, gdy chrząknęła nieśmiało.
- Panie dyrektorze…
Na tę nieśmiałą prośbę dyrektor poderwał się z fotela oniemiały. Jeszcze nigdy w historii fabryki nie zdarzyło się, żeby jakiś pracownik prosto ze szwalni lub przędzalni wszedł do jego gabinetu. W osłupieniu podniósł się z krzesła, czuł, że musiało się stać coś ważnego.
- Czego? – zaczął nieuprzejmie. – Co się stało?
- Panie dyrektorze – cała odwaga opuściła panią Krysię w tym momencie – panie dyrektorze…
- Mów, kobieto – zniecierpliwił się dyrektor.
- Jest u nas w pracy dziewczynka… – zaczęła pani Krysia.
- Jest i co z tego? Znowu jakiś dzieciak uciął sobie palec przy maszynie, czy tak? – dyrektor przestraszył się, że znowu będą kłopoty. Dużo dzieci miało wypadki przy pracy i powoli miał już tego dosyć.
- Nie, panie dyrektorze, nie było wypadku, ale...
- Chwała Bogu! Więc co?
- Jest dziewczynka, nazywa się Julka Nowicka…
- Wyrzucili ją z opery?!!! – dyrektor przestraszył się jeszcze bardziej. – Wiedziałem, wiedziałem, że to nie będzie trwać wiecznie! Wiedziałem!
- Panie dyrektorze, nie wyrzucili jej z opery, tylko...
- Nie? – dyrektor otarł pot z czoła i uspokajał się z lekka. – Więc mów, kobieto, bo ja tu na serce zaraz padnę.
Pani Krysia zaczerpnęła powietrza i powiedziała jednym tchem:
- Nie wyrzucili jej, panie dyrektorze, ale mogą to zrobić. Jutro jest przedstawienie, Julka, w nagrodę za najlepsze wyniki, gra w nim Kopciuszka i nie ma sukni. Dziewczynka płacze i wstydzi się iść do szkoły. Na to przedstawienie zjeżdżają ludzie nie tylko z naszego miasta. – Po słowach pani Krysi zapadła cisza i trwała tak długo, że strapiona kobieta powiedziała nieśmiało, ale tak miło i ciepło, jakby mówiła do małego chłopca: - Dziecko wstydzi się, że nie ma sukni.
- Nie ma sukni – jak papuga powtórzył dyrektor. Nagle krzyknął: – Ile ten, jakiś tam Kopciuszek, potrzebuje sukni?
- Jedną, panie dyrektorze, tylko jedną.
- Jedną? I przez to nie chce iść do opery? – wyobraził sobie natychmiast, jak opera wstrzymuje zamówienia, jeśli dziewczynka nie stawi się na tym przedstawieniu i ku największemu zdumieniu pani Krysi ryknął jak lew, aż za ścianą sekretarka struchlała:
- Wstrzymać produkcję! Wszystko wstrzymać! Stop!!! Szyć suknię dla tej... Jak jej tam?
- Julka, panie dyrektorze, Julka Nowicka.
- Szyć suknię dla Julki Nowickiej.
Julka nie wierzyła własnym oczom. Jeszcze nie zdążyła przywitać się ze wszystkimi, a już modystki brały od niej miarę. Obracały ją, coś przymierzały, obliczały. Małe dziewczynki zatrudnione w fabryce z podziwem patrzyły na koleżankę. To one właśnie miały wyszywać na całej sukni maleńkie, złote różyczki i przetykać koraliki.
- Jesteś naszą księżniczką – szepnęła najmłodsza z nich.
- Słucham? – Julce zdawało się, że się przesłyszała.
- Jesteś naszą księżniczką – powtórzyło dziecko. – Potrafisz czytać i pisać, a też przecież pracowałaś w tej fabryce. Jesteś naszą księżniczką.
- Jesteś taka mądra i śliczna – druga dziewczynka pogłaskała Julkę po ręce – a do tej ślicznej sukni uszyję ci kapelusik. Potrafię ładnie szyć – pochwaliła się dziewczynka – tylko muszę zmierzyć ci główkę - i ustała na paluszkach, a gdy podniosła rączki do góry Julka ujrzała drobne, zniszczone dłonie, na których od dawna nie goiły się rany.
Przypomniały się jej ciężkie, długie dni w fabryce wypełnione pracą ponad siły. I choć dziewczynki uśmiechały się do niej, modystki z zaciekawieniem zagadywały o mające się odbyć przedstawienie, do serca Julki zakradł się smutek i nijak nie chciał go opuścić.