„…Zapukała do pierwszego domu, jaki napotkała na swej drodze. Drzwi otworzyły się i ukazała się nich twarz rumianej kobiety.
– Co? To ty? – najeżyła się gospodyni. – Jak śmiesz do mnie przychodzić?!
– Ja…eee…ten tego… Ja przepraszam panią za tamto. Ja nie chciałam tak pani powiedzieć. Ja… my z Mateuszem nie mamy co jeść. Ja muszę mu dać jeść! Muszę!!! – Magdalenka upadła na ziemię i zaniosła się takim płaczem, że gospodyni, która była zła za jej nieuprzejmość, ale była prostą kobietą i miała gołębie serce, zaczęła ją pocieszać i powiedziała w końcu:
– No dobrze, przestań płakać, pomogę ci. Dam ci jedzenie, ale nie ma nic za darmo – zastrzegła szybko. – Jeśli nie chcesz wyszywać, musisz, w zamian za jedzenie, codziennie sprzątać mi dom, dawać kurom jeść, pielić ogródek i robić wszystko, co każę.
– Dobrze, proszę pani. Zrobię wszystko, co pani każe – zgodziła się Magdalenka, która wcześniej nie wiedziała, co to praca, ale która dziś zrobiłaby wszystko, byleby tylko nie być głodna.
Od tej pory każdego dnia skoro świt biegła do domu gospodyni. Zmywała, sprzątała, pieliła ogródek i robiła wszystko, co jej kazano. W zamian za to dostawała jedzenie dla siebie i dla Mateusza. Wieczorami zaś, gdy zmęczona kładła się do łóżka, Mateusz głaskał jej spracowane dłonie, a ona zasypiając, śniła o swym różowym pokoju, o Alu – białym rasowym piesku, o babci, która ją kochała ponad wszystko i o rodzicach tak dobrych, jak tylko można sobie wymarzyć. – Że też wcześniej tego nie widziałam? – myślała zdziwiona…”